Ludzie, którzy wiedzą lepiej

zdjęcie

Adaś Miauczyński z kultowego Dnia świra w jednej ze scen wypowiedział kwestię, która do dziś dnia jest wielokrotnie cytowana: Cóż za ponury absurd, żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem. A ja od jakiegoś czasu zaczynam myśleć, że wielu ludzi uważa, że ponurym absurdem jest decydowanie o życiu w ogóle i że generalnie osoby, które się na to decydują są kretynami.

JA wiem lepiej

Pamiętasz te czasy, kiedy byłeś małym dzieckiem i dorośli wokół Ciebie powtarzali te słowa jak mantrę? Jeśli ich nie wypowiadali na głos, na pewno dawali Ci odczuć swoim zachowaniem, że Ty, młodszy, wiesz mniej, za to oni posiadają wiedzę tajemną, jak to powinno wszystko wyglądać. Powiedz mi, tylko tak szczerze – czy w miarę jak dorosłeś, stałeś się dojrzały i odpowiedzialny, coś się w tej materii zmieniło? Czy już nie słyszysz głosów potępienia dla swoich pomysłów i decyzji? OK, pytanie retoryczne. Wiem, że nadal zdarza Ci się wysłuchiwać czegoś w tym rodzaju. Różnica tylko w tym, że teraz do rodziny dołącza ogromny procent osób, które Cię znają chociaż przelotnie. Bo przecież wiedzą lepiej.

Nie umiesz w życie

Dokładnie taki przekaz niosą te oskarżenia. Nie znasz się, nie wiesz, co dobre, nie umiesz, przejedziesz się i w ogóle to jeśli jednak nie posłuchasz mądrzejszych, na pewno stanie się coś złego. Wkurzające, co?

A przecież „umieć w życie” niejedno ma imię

Twoja starsza kuzynka wybrałaby matematykę, zamiast filologii polskiej. Twoja mama założyłaby rodzinę, zamiast stronić od zobowiązań. Twoja najlepsza przyjaciółka na pewno nie umówiłaby się z tym facetem, do którego Ty wzdychasz. A ta z piętra wyżej, z którą nie żyjesz w najlepszych stosunkach na bank nie wyszłaby na miasto ubrana tak, jak Ty.

Ty zrobiłbyś i chcesz zrobić inaczej. Spróbować. Zrezygnować z czegoś, na myśl o czym serce nie bije Ci mocniej. Bo, choć jesteś młody, już trochę siebie znasz i przynajmniej w jakimś stopniu wiesz, co Cię uszczęśliwia, a czego lepiej unikać. Masz do tego wszystkiego prawo. Może i nie umiesz w życie, ale jeśli upierasz się przy swoim i nie słuchasz „dobrych rad”, znaczy to, że nie umiesz W CZYJEŚ życie. Bo to nie jest scenariusz Twojego losu. Ty swój dopiero tworzysz, chcesz go wypróbować i sam się przekonać, czy wszystko jest OK.

„Inny” nie jest synonimem słowa „gorszy”

I nigdy nie daj sobie wmówić, że jest. Możesz się różnić od każdego w swoim środowisku, ale dopóki swoim postępowaniem nie wyrządzasz komuś realnej krzywdy, nie jesteś zły. Nie jesteś gorszy dlatego, że chcesz czegoś innego. Aha, jeszcze jedno: nie pozwól, żeby ludzkie gadanie Cię stłamsiło.

Bo ludzie gadali, gadają i zawsze będą gadać

Tak już jest, tego się nie zmieni. I o ile ci bliscy na ogół chcą po prostu jak najlepiej, więc sypią tymi wskazówkami – o które wcale nie prosiłeś – jak z rękawa, o tyle z ludźmi, z którymi nie utrzymujesz zażyłych kontaktów, sprawa jest prosta…

Zazdroszczą Ci albo są zaślepieni 

Z zazdrością jest tak: jeśli motywuje do działania, nie ma co się jej czepiać. Natomiast jeśli ktoś jedynie siedzi na dupie i gada, jaki to Ty zły jesteś, wiesz z kim masz do czynienia? Z człowiekiem, który sam pewnie coś spieprzył, nie umie tego naprawić, a jeszcze bardziej nie potrafi znieść tego, że komuś obok się powodzi. Jesteś młody, w pełni sił, ambitny, masz cel i pomysł, jak do niego dojść – jesteś więc idealnym kandydatem na kozła ofiarnego. Co się z takimi toksycznymi, zżartymi od środka przez zazdrość osobami robi? Wyrzuca się je ze swojego życia, żeby nie pociągnęły na dno. Bo one nie chcą ani pomocy, ani współczucia. Chcą jedynie, żeby inni przestali cieszyć te mordy.

Inną grupę stanowią zaślepieni. Oni faktycznie mieli swój cel, dopięli swego i… Się zachłysnęli. Czują się dobrze, tak dobrze, że nie wyobrażają sobie, jak można osiągnąć szczęście, robiąc cokolwiek innego. Im też dziękujemy.

Pamiętaj o jednym: życie masz jedno. Nie wiesz, kiedy się skończy. Dlatego powinieneś rozsądnie nim zarządzać. Rezygnuj z rzeczy, na które szkoda czasu. Słuchaj rad, ale starannie wybieraj, kogo dopuszczasz do głosu. Przede wszystkim jednak pilnuj, żebyś to Ty miał ostateczne słowo.

Źródło zdjęcia.

To nie wina poniedziałku

monday-1270366_1280

Od kiedy tylko pamiętam nie lubię niedziel. Przygnębiają mnie – w żaden inny dzień tygodnia ludzie nie wykazują się takim brakiem energii i sił na cokolwiek. O, przepraszam. Na narzekanie się zdobędą i to z ochotą.

Bo przecież jutro…

Poniedziałek! 24 godziny, których 90% ludzi na tym świecie nienawidzi bardziej niż Hitlera i wszystkich innych zbrodniarzy, których gościł świat. Poważnie, jak słucham czasem reakcji na koniec weekendu, mam wrażenie, że oto przed nami nie początek nowego tygodnia, tylko seria bolesnych tortur. Tak bolesnych, że aż rozłożonych na 5 dni.

Co robisz w soboty i niedziele?

To są dwa dni, które teoretycznie mamy wolne. 48 godzin. Z małym hakiem, jeśli doliczyć piątek po pracy/szkole. Czy naprawdę w tak krótkim czasie jesteś w stanie się rozleniwić i odzwyczaić od obowiązków do tego stopnia, że powrót do rzeczywistości boli, jakbyś palił się żywcem? Coś mi się wydaje, że to niemożliwe.

To dzień jak każdy inny

Z tą różnicą, że poprzedza go chwila swobody. Serio, pomyśl logicznie – w poniedziałek naprawdę nie czeka Cię nic gorszego niż we wtorek. Ani w środę. W czwartek i w piątek także nie. Zawsze masz coś do roboty. Codziennie wśród miliona spraw do załatwienia znajdą się takie, które najchętniej odwlekałbyś w nieskończoność. I nigdy się nie wyśpisz, bo już taki jesteś, że nie lubisz, kiedy ktoś lub coś Ci narzuca, o której godzinie masz być na nogach.

Problem tkwi w czymś innym

To nie dzień tygodnia jest zły. Wiem, że złośliwość rzeczy martwych i tak dalej, ale bez przesady. Poniedziałek sam z siebie nie zsyła na Ciebie problemów, nie wciska Ci do rąk listy spraw do ogarnięcia ani nie straszy konsekwencjami, kiedy coś spieprzysz.

To Ty sam robisz sobie kuku

Bo nie słuchasz siebie. Często przegapiasz moment, w którym Twoje własne życie skręca nie w tę stronę, co trzeba. Niekiedy, nawet nieświadomie, zapuszczasz się w tę nieznaną sobie drogę jeszcze dalej i gubisz się bardziej. A kiedy dostrzegasz, że coś nie tak, nie wiesz, jak wrócić do punktu wyjścia. Więc zostajesz. Próbujesz dostosować się do nowych okoliczności i wmawiasz sobie, że będzie dobrze. Albo przynajmniej będzie jakoś.

Wiesz, jak to się skończy?

Tym, że będziesz odliczał czas, który Ci zostanie. Nie oszukuj się, że czekasz tylko na piątek. Bo potem odhaczasz dni do wakacji. Potem do świąt. Wyczekujesz setek okazji w ciągu całego życia. Tak naprawdę trochę czekasz na starość, kiedy emerytura będzie lepsza niż weekend, bo dłuższa. Tak naprawdę trochę czekasz na śmierć, bo po niej już szlag Cię nie trafi.

Prawda jest taka, że jeśli co tydzień w niedzielę łapiesz doła, że nazajutrz musisz wcześnie wstać i robić coś konstruktywnego i tak aż do piątku, oznacza to, że nie lubisz znacznej części swojego życia.

W tym naprawdę nie ma winy poniedziałku.

Źródło zdjęcia

Co blogowanie zmieniło w moim życiu?

blog

Na początku lipca tego roku miną 3 lata, od kiedy regularnie udzielam się w blogosferze. Gdy uświadomiłam sobie, jak dużo czasu minęło od momentu założenia pierwszego poważnego – to znaczy, takiego działającego i aktualizowanego  dłużej niż miesiąc – bloga, zaczęłam się zastanawiać: co blogowanie mi w ogóle daje?

No właśnie – co blogowanie zmieniło w moim życiu? Sporo. Usiądź wygodnie, opowiem Ci o tym.

Znalazłam pasję

W szkole zawsze słyszałam, że potrafię pisać, że mam dobry styl. Pisanie wypracowań nigdy nie było dla mnie problematyczne, mogę powiedzieć, że nawet lubiłam to robić. Przez długi czas moim jedynym wielkim hobby w życiu było czytanie. A gdy zaczęłam też pisać coś poza rozprawkami na ocenę, stwierdziłam, że to również jest świetne zajęcie. Dzisiaj nie wyobrażam sobie tego nie robić.

Rozwijam umiejętności

Nie jestem jedną z tych osób, które osiadają na laurach. Wiem, że mimo wszystko muszę pracować nad tym, co piszę i jak piszę. Za czasów szkolnych było łatwiej – zawsze był ktoś, kto czerwonym długopisem poprawiał mi wszelkie błędy. Teraz sama muszę pisać, popełniać gafy i je poprawiać. Nikt się tym za mnie nie zajmie. I chociaż niejednokrotnie wydaje mi się, że nie umiem, mam świadomość, że nawet wtedy, kiedy się mylę, rozwijam się. Być może efektów nie widać od razu, jednak w przyszłości mi się to opłaci. Wychodzę z założenia, że to wcale nie skutki tego, co robimy, są najważniejsze. Ważniejsze jest to, że w ogóle czegoś próbujemy i mimo trudności walczymy.

Uczę się systematyczności

Pewnie, że czasami zdarzy się coś, co nie pozwoli mi opublikować wpisu. Mogę zachorować, mieć zaliczenia na studiach albo nie wiedzieć, o czym napisać – a lepiej nie publikować nic, niż cokolwiek, byleby było. Jeśli nie czają się na mnie żadne przeciwności losu, siadam i piszę. Regularność także jest czynnikiem wpływającym na to, czy czynimy postępy w tym, czym się zajmujemy. Nie chodzi o to, żeby napisać jeden tekst w miesiącu i oczekiwać cudów. Jeśli chcemy coś osiągnąć, musimy przysiąść do tego minimum kilka razy w tygodniu.

Poznaję nowych ludzi

Kiedy ktoś mi mówi, że czuje się samotny i nie może poznać nikogo o podobnych zainteresowaniach, zazwyczaj odpowiadam: OK, nie ma takich osób w twoim najbliższym otoczeniu. Ale w dzisiejszych czasach to nie jest problem. Wiesz, ilu ludzi ja poznałam dzięki temu, że bloguję? I to jest w blogowaniu najpiękniejsze. Wystarczy założyć stronę, publikować na niej i czekać, aż się odezwie człowiek, który ma podobnego bzika do autora. Dzięki blogowi naprawdę można nawiązać świetne znajomości. Spotkania blogowe, a nawet wspólne akcje – to coś cudownego.

Nie marnuję czasu w internecie

Owszem, potrafię w sieci spędzać wiele czasu. Nie są to jednak stracone godziny – praktycznie non-stop albo piszę teksty, albo przynajmniej szukam inspiracji na kolejne wpisy. To dużo lepsze niż bezcelowe przeglądanie Facebooka.

Tworzę coś w 100% mojego

I to cholernie przyjemne uczucie. Patrzenie na to, jak blog się rozwija, przybywa mu czytelników, komentarzy i świadomość, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie moja praca – nie zamieniłabym tego na nic innego. Nawet zwykłam mówić, że inni mają dzieci, a ja – bloga i wychodzi na to samo.

Staram się szukać inspiracji wszędzie

Nawet zwykła, prywatna rozmowa z kimś potrafi wywołać u mnie natchnienie. Jedno zdanie wypowiedziane przez kolegę niekiedy zamienia się w szkielet całkiem dobrej notki. Kreatywność +100!

Blogujesz? Jakie są Twoje doświadczenia w tej dziedzinie? A może zastanawiałeś się, czy zacząć i jakoś wpłynęłam na Twoją decyzję? Koniecznie daj mi znać!

Źródło zdjęcia